• blog.pozaschemat@gmail.com
Pułapka łatwego chrześcijaństwa

Pułapka łatwego chrześcijaństwa

Wielkanocny okres liturgiczny jest kojarzony na ogół z czasem radości. Bo jak nie cieszyć się ze zwycięstwa nad śmiercią? Również ubiegła niedziela, Niedziela Miłosierdzia Bożego, przypomina nam o nieskończonej miłości jaką ma dla nas Pan Bóg (o tym pisałem tydzień temu). Ale czy warto, abyśmy w przeżywaniu tego czasu w Kościele zatrzymywali się na świętowaniu (swoją drogą sprowadzającym się często de facto do wspólnego obiadu lub dwóch)? Czy okres Zmartwychwstania nie ma nam dawać impulsu do zmiany? Do wyjścia poza swoją strefę komfortu? Do wyjścia z grobów, z których nie mamy odwagi wyjść?

Myślę, że my, chrześcijanie, często popadamy nie tylko w schematy, ale i w skrajności. Bo albo mamy w życiu swój Wielki Post, który przejawia się umartwianiem, koncentrowaniem na grzechach i pokusach (również w dobrym sensie) albo swój okres Wielkanocy, w którym śpiewamy “Alleluja” i radośnie okazujemy wdzięczność Bogu. Oczywiście o jednym trzeba pamiętać i o drugim nie zapominać, ale w tej dychotomii można łatwo się pogubić.

Okres Wielkiego Postu w tym roku już za nami, natomiast okres Wielkanocy wciąż trwa. I jest on równie ważnym i odpowiednim czasem (jak każdy inny), żeby poszukać głębi w naszej relacji z Bogiem. Bo Bóg nie mieszka na powierzchni, a wiara to dar łaski, który wlewa się w rozum i umożliwia przekroczenie jego naturalnej pojemności. Bardzo mocno naprowadza mnie na te przemyślenia lektura książki ks. Tomáša Halíka pt. “Cierpliwość wobec Boga”. Autor pisze w niej, że “Wiara chrześcijańska – w odróżnieniu od “naturalnej religijności” i powierzchownej wiary – jest wiarą zmartwychwstałą, która musi umrzeć na krzyżu, zostać pogrzebana i znowu powstać – i to w nowej postaci.”

Dosyć powszechne, w mojej opinii, jest myślenie, że dzięki wierze wszystko staje się łatwe. Nazywam to roboczo “pułapką łatwego chrześcijaństwa” parafrazując lekko tytuł książki Ulricha Lehnera “[…] Pułapka pluszowego chrześcijaństwa”. I dlatego myślę, że potrzebne jest nam bardzo nasze własne zmartwychwstanie. Bo tak naprawdę do tego sprowadza się nasza wiara w Zmartwychwstanie Chrystusa: do współuczestnictwa w tym wydarzeniu, do “współzmartwychwstania”. Jezus już zmartwychwstał, dlatego to w NAS ma dokonać się zmartwychwstanie, które może nastąpić dopiero po naszej męce i krzyżu. Nie jest to opowieść o przyjemnym spacerze w ciepły poranek, tylko zapowiedź naszej ciężkiej przeprawy, wychodzenia z grobu, którym czasami jesteśmy my sami i nasze myślenie.

Łatwo nam zakryć się za pobożnymi praktykami czy tradycją, aby unikać chrześcijańskiej odpowiedzialności w pracy nad samym sobą. Natomiast jak napisał ks. Halík “Jego serce jest może bardziej ukryte, niż mogłoby to wynikać z niektórych pobożnych obrazków” i aby Go odnaleźć trzeba odwalić kamień skostniałej pobożności i wypłynąć na głębię.

Nie jest to wizja, która na pierwszy rzut oka zachęca. Ale jak mawiał ks. Józef Tischner “W Bożym sercu uprzywilejowane miejsce mają ci, którzy się z Nim zmagają”. Nie bójmy się zaryzykować, bo niektóre straty – uczy nas Jezus – są zyskiem, a liczne kryzysy – mawiał Carl Gustaw Jung – są szansą. Na koniec jeszcze tylko zacytuję ks. Halíka ze wspomnianej wyżej książki: “Wielu wybitnych teologów broni teorii o creatio continua, wciąż trwającym akcie stworzenia. Czy nie moglibyśmy podobnie mówić o resurrectio continua – wciąż trwającym Zmartwychwstaniu? Augustyn napisał gdzieś, że modlić się, znaczy zamknąć oczy i uświadomić sobie, że Bóg teraz tworzy świat. Dodajmy: wierzyć, znaczy otworzyć serce i uświadomić sobie, że właśnie teraz został odwalony ów opieczętowany kamień […]”.

0